Przeciągnąłem się w fotelu i przełączyłem kanał na inny. Na ekranie czterdziestocalowego ciekłokryształu pojawiła się jakaś kobieta dojrzała, ale ciągle młoda, prezentując całym ciałem mapę pogody za sobą. Kolejny kanał okupowany był obecnie przez jakąś bajkę. Zatrzymałem na chwilę mój wieloskok po stacjach. Grafika sprzed kilku lat pozostawiała wiele do życzenia, postacie były chodzącymi pikselami w barwach potencjalnie świecących w ciemności. Nie znałem tytułu dziełka i nie obchodził mnie on. Trójka bohaterów biegała w lewo i prawo po ekranie, w bliżej nieokreślonym celu. Ostatecznie, skończyłem ich maraton przeskokiem na kolejny kanał, tym razem z zagraniczną komedią, mającą zamiar być śmieszną. Znając życie, na zamiarach się kończyło, ale i tak było to chyba najlepsze, co telewizja miała mi do zaoferowania.
Ziewnąłem szeroko, wstrząsając głową. Na oczy zleciało mi pełno włosów, przesłaniając wizję. Nieco poirytowany zgarnąłem je na bok. Fryzjer już niedługo spotka się ze mną twarzą w twarz, kwestią był tylko przypływ chęci na ruszenie się z miejsca. Od tygodnia miałem pełnopłatny urlop, oficjalnie określony jako "moment czuwania", podczas którego w każdym momencie powinienem być dyspozycyjny. Z tym, że oczywiście mnie nikt nie wezwie, bo i po co.
Główna bohaterka filmu miała właśnie rzucić się z klifu w pogoni za królikiem, gdy zadzwonił telefon. Zdziwiony popatrzyłem na leżącą na dębowym stoliku komórkę.
- Kto? - spytałem, odbierając.
- Jak zwykle pełen optymizmu i chęci do współpracy - stwierdził z lekką ironią męski głos w słuchawce. Był to mój przełożony, Ren. - Możesz przyjść do biura? - było to pytanie raczej nie narzucające odpowiedzi, co rzadko się zdarzało wysoko postawionym ludziom. Ren był wyjątkiem od każdego negatywnego stereotypu dotyczącego urzędników. Miał niespełna trzydzieści lat i z powodzeniem mógłby pretendować do miana starszego brata, gdyby tylko ktoś chciał mu je dać. Poza dość młodym wiekiem, był wysportowany, przyjazny i nie traktował ludzi z góry. Jego dowództwo nad składem było jedynie twierdzeniem w dokumentach, wolał pracował po partnersku. Niektórzy twierdzili, że był moim zupełnym przeciwieństwem. Nie mogłem temu zupełnie zaprzeczyć. Nie podważałem również faktu, że gdyby nie on, siedziałbym teraz gdzieś za kratkami z ograniczonym dostępem do mediów.
- Powiedzmy. Zależy, ile panienek jest na zmianie - zaśmiałem się z wyzywającym uśmiechem na twarzy. Wiedziałem, że przez telefon go nie widać, ale Ren i tak wyczuje to, co powinien.
- Zależy, ile razy chcesz dostać w dziób - jak zwykle inteligentna odpowiedź. Doprowadzanie ludzi w ślepy zaułek stanowiło dla mnie jedną z najlepszych rozrywek, jednak Ren był jedną z nielicznych osób, których nie potrafiłem kontrolować tak, jakbym chciał. Irytowało mnie to. - A tak na poważnie, to radziłbym przyjść. Szef jest wkurzony do tego stopnia, że powiedział, że chce cię przywrócić do służby.
- Nie było mnie tydzień, długo tęskić nie musiał - zironizowałem.
- Nie taką służbę. Mówię o włamywaniu się w dane. Jeśli masz jeszcze jakieś oprogramowanie ze starych czasów, to możesz je ze sobą wziąć.
- A co, jak posklejam płyty, które mi połamałeś, to otworzysz? - żachnąłem się. Wszystkie moje programy i wirusy ostały materialnie zniszczone, gdy tylko miałem dołączyć do NOFTI. Jedynym ocalonym przed ukryciem projektem była Foxy, działająca teraz z resztą na terenie ponad połowy organizacji jako firewall chmury rządowej.
- Oj, nie narzekaj już tak. Wiesz, że gdybym tego nie zrobił, oglądałbyś teraz niebo w prążki.
- Nie narzekam. Poza tym, nie, żebym nie pamiętał kilku kodów - zaśmiałem się. Często blefowałem, ale to akurat była prawda. Pamiętałem większość programów co do przecinka i napisanie ich od nowa było kwestią kilku godzin.
- Dobra, dobra, czekam. Za godzinę szef chce zrobić konferencję, na której masz być - wyłączyłem telefon.
Na moich ustach malował się uśmiech zwycięstwa. Od początku wiedziałem, że w końcu dadzą mi zezwolenie na włamywanie się na systemy pod przykrywką prawną. Nie podejrzewałem jedynie, że aż tak szybko. Wyłączyłem telewizor i wyszedłem z domu, biorąc ze sobą tylko mały, czerwony pendrive.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz